John Wilkinson był przekonany, że silnik chłodzony powietrzem
jest bezkonkurencyjny. Pod koniec XIX wieku za własne pieniądze zbudował dwa prototypy
samochodu i zaczął się rozglądać za kimś, który mógłby sfinansować uruchomienie produkcji.
Zaprosił więc na przejażdżkę Herberta H. Franklina, właściciela bogatej firmy wytwarzającej
aluminiowe odlewy ciśnieniowe. Samochody Wilkinsona wydały się Franklinowi obiecującym interesem.
W nowopowstałej Franklin Automobile Co. ruszyła w 1902 produkcja pierwszych Franklinów.
  Auta
miały jesionowe ramy i eliptyczne resory. Czterocylindrowe, chłodzone powietrzem
silniki wbudowano poprzecznie z przodu. W 1904 roku dla sprawdzenia nowej konstrukcji
Franklin przejechał z Nowego Jorku do San Franisco w rekordowym czasie 32 dni 23 godzin i 21 minut.
Rekord? Tak, poprzedni przejazd trawał o 28 dni dłużej! Samochód doskonale sobie radził na odcinkach
pustynnych.
  Franklin pierwszy wykorzystał aluminium do produkcji części samochodowych. Lekkie
tłoki zastosował już w 1915 roku, a duralowe korbowody w siedem lat później. Zmiana stylizacji
miała pomóc w promocji marki i w 1925 roku odbyła się premiera pierwszego modelu z atrapą chłodnicy.
Produkcja ciągle rosła - w 1929 roku wypuszczono 14 432 auta. Zwiększający się popyt zmusił
przedsiębiorców do zastąpienia kosztownych drewnianych ram (drewno wymagało pięcioletniego sezonowania)
znacznie tańszymi i trwalszymi stalowymi.
  Frankliny uchodziły za auta wyższej klasy
i konkurowały z LaSalle i Marmonami. Ich karoserie projektowali najlepsi styliści:
Derham, Dietrich i Holbrook. W 1932 roku zaprezentowano luksusowy model z silnikiem 12-cylindrowym.
Prace nad motorem trwały aż 5 lat. 6,5-litrowy silnik osiągał moc 120 KM i nie przegrzewał się nawet
w najtrudniejszych warunkach. Był jednak, jak wszystkie silniki chłodzone powietrzem, bardzo głośny.
Na badania nowych, cichszych konstrukcji wydano w pracowniach Franklina miliony dolarów.
  W latach Wielkiego Kryzysu szybko ubywało entuzjastów kosztownych aut;
jednostki napędowe
chłodzone powietrzem traciły zwolenników. Nie pomagały klientów reklamy pokazujące, że
większość silników lotniczych (które siłą rzeczy muszą być najwyższej jakości) ma chłodzenie powietrzne.
Nie pomagały publikacje zdjęć z Charlesem Lindberghiem i Glennem Curtissem, którzy pozowali
przy swoich Franklinach. Ich wybór podzielało coraz mniej ludzi: 6036 w w 1930 roku, 1905 w
1932 i zaledwie 360 w 1934, ostatnim roku działalności firmy.
  W kilka lat później część byłych
pracowników firmy wykupiła od banków nazwę "Franklin" i założyła nowe przedsiębiorstwo,
produkujące znane także w Polsce silniki lotnicze, oczywiście chłodzone powietrzem.