Andrzej Wolfarth portretuje Cadillaca De Ville 1968


  Znów jestem w amerykańskim samochodzie, nie ciałem ale duszą. Jest maj 1998 roku. Zbliża się południe. Nie pamiętam, który to był maja, może ten, który dopiero będzie?



  Namiar do potężnego Cadillaca dostałem od pewnego znajomego, który kiedyś zajmował się naprawianiem takich aut. Odnajduję duży ceglasty dom. Czasami widywałem i nadal widuję ten dom o charakterystycznym spadzistym dachu i od razu uruchamia mi się wyobraźnia.



  Miejscowi mówią, że dom powstał w latach siedemdziesiątych za sprawą dwóch braci. Dom nigdy nie będzie ukończony, albowiem w tym domu brat zabił brata i od tej pory w tym domu straszy, słychać płacz, jęki, dziwne wołanie...



  Za wzgórzem mieści się szaleństwo, do którego pasuje otaczająca je sceneria: chaszcze, wysoka na metr trawa, porozrzucane bezładnie kamienie.



  Zastaję grupkę ludzi, którzy już się bratają z Bachusem. Jeden, nie całkiem zbratany z greckim bogiem, uchyla mi bramę i pozwala wejść do raju, które stworzyło Detroit. Kto nie wsiadł, ten nie zna smaku raju, a kto zna, ten przepadł.



  Wóz trafił do Polski Gierka pod koniec lat siedemdziesiątych, odwiedzał swoich nowych sąsiadów na drodze: duże Fiaty, Zaporożce, Syreny, maluchy, Wołgi, Wartburgi. Odwiedziny potrwają do 1981 roku. Od tej pory stoi i prawdopodobnie nigdy już nie pojedzie...



  Piękny oryginalny lakier, śliczna deska rozdzielcza, dwa łóżka w środku, kilometry karoserii... Jest mi tak lekko, jakbym za chwilę miał przekręcić kluczyk w stacyjce i wyjechać na drogę nieopodal i nie przeszkadzałby mi fakt, że była metrowa dziura między poziomem garażu a ziemią. Co tam, wyobraźnia uniesie te dwie i pół tony. Wóz odwiedzi znów samochody, tym znów nowych sąsiadów: Daj Ewo, Polonezy, Cytrynki, Fordziaki, Mercedesiki, Beemwuchy. Ale nie odwiedzi.





  Właściciel żądał za wóz Himalajów pieniędzy, a widział niziny. Skoro gość nie mógł "wdrapać się na ten szczyt", wdrapał się choć na dach czterodrzwiowego hardtopa i powybijał, połamał, powyginał, jednym słowem przesunął do granicy Wieczności jeden z 72662 egzemplarzy modelu De Ville na roku 1968.



  Później wyrwał go od niebytu pan Józek, o którym już Wam nieraz opowiadałem. Wóz ponoć stoi u jednego górala, gdzie liże rany, skaleczenia, blizny.



  Rok czy dwa lata później na podstawie paru zdjęć wykonałem grafikę wozu z herbem na masce, tu link.



  Reszta jest milczeniem...



English version 

POWRÓT