Formuła rupieci
tekst i zdjęcia Robert Przybylski


  Rosnące koszty utrzymania zespołów i Wielki Kryzys spowodowały zmianę formuły wyścigów Indianapolis. W 1930 roku zakazano stosowania sprężarek i więcej niż dwóch zaworów na cylinder. Dopuszczono silniki wykorzystujące seryjne bloki. W autach musiało się znaleźć miejsce także dla mechanika. Tak konstruowane bolidy miały być znacznie tańsze - zamiast 15 000 wystarczyło 1500 dolarów, a także smykałka do majsterkowania i własny garaż.

  Organizatorzy liczyli też na większe zainteresowanie koncernów samochodowych i nie pomylili się. Pojawiły się fabryczne ekipy Studebakera, Hudsona i... Forda. Pełen pomysłów Preston Tucker namówił swego przyjaciela Edsela Forda - następcę Henry'ego Forda - aby ten za sumę 25 000 dolarów zamówił u Millera dziesięć samochodów wyścigowych wyposażonych w fordowskie widlaste "ósemki". Przewidywał, że auta wygrają, a już od poniedziałku dealerzy przestaną nadążać ze sprzedażą osobowych Fordów.

  W trudnych latach trzydziestych nawet Harry Miller - już wtedy uznany za najlepszego konstruktora wyścigowych samochodów - znalazł się bez pracy. Tucker nie miał kłopotów z przekonaniem Harry'ego do interesu. Jedyny kłopot polegał na tym, że do rozpoczęcia wyścigu 500 mil Indianapolis zostało tylko 79 dni. Ford dostarczył kompletne silniki. Reszta, łącznie z całym układem przeniesienia napędu na przednie koła, powstała w warsztatach Millera. Motor V-8 miał pojemność 3,6 l i osiągał moc około 150 KM przy 4400 obr/min. Kierowca siedział na podłodze, pomiędzy podłużnicami ramy. Wszystkie koła zawieszono niezależnie. Nadwozia wykonano z aluminium.

  Gotowe bolidy prezentowały się doskonale, lecz nawet Miller nie był w stanie dokonać niemożliwego Udało mu się przygotować dziesięć aut, ale tylko cztery przetestowano tak, że zakwalifikowały się do wyścigów.

  Największą prędkość uzyskał Ted Horn - ponad 181 km/h. W czasie wyścigu przejechał 145 okrążeń, zanim samochód odmówił mu posłuszeństwa. Wcześniej odpadły jednak trzy poostałe Fordy. Powód był ten sam: zatarta przekładnia kierownicza. Miller umieścił ją tak blisko rury wydechowej, że mechanizm się rozgrzewał, cały smar wypływał i nie można było ruszyć kierownicą!

  Rachunek Millera wyniósł jednak nie 25 000, ale 75 000 dolarów. Miller procesował się z koncernem, wściekły Henry Ford natomiast zamknął auta w garażu. Ochłonął dopiero po dwóch latach, kiedy sprzedał dziewięć wozów. Sporadycznie startowały one w "Indy" do 1948 roku, nigdy jednak nie odniosły sukcesu. Na torze aż do lat sześćdziesiątych zwyciężały "samoróbki" z południowej Kalifornii, wyposażone w silniki Offenhausera.

POWRÓT