Hi!
    Właśnie wylądowałem w Stanach, ale wracam za miesiąc.
    Po wyjściu z lotniska w Chicago wrażenia: same nowe okrągłe no i japońskie, a gdzie te stare ulubione Bonneville,
Cataliny, Le Sabre z lat 70-tych? Ich nie ma.
  Za parę dni trafiłem na zlot, narobiłem mnóstwo fotek,
jest tu mnóstwo maniaków starych aut. Robią z nich niezłe cacuszka, wcześniej nie widziałem prawie żadnego klasyka,
zostało wyparte przez japońskie g. Szczyt był, jak zobaczyłem nową Impalę jak mitsubishi.
    Skoro jestem w Chicago, no to wypadało by znaleźć Route 66. Szukam na mapie i nic, aż znalazłem w internecie, że ta
słynna droga aż do Springfield i końca Illinois to "hajłej ;) "55, gdzieś w Indianie to 44. Nie znalazłem na początku
Interstate 55 żadnej tabliczki "historic route 66". Może się nie znam, nie wiem, może bliżej Arizony jest już normalną nazwą.
    Niedługo czeka mnie podróż ze znajomym, truckiem do Kalifornii, przygoda na całe życie, będzie co opowiadać w Polsce.

    Na wiochach w Kentucky przeżyłem miłe zaskoczenie. Obok domów stoją takie samochody, można niejednokrotnie
wyrwać za darmochę stare bryki takie jak kocham, zniszczone i w dobrym stanie.
    Mój wujo mówi, że takie bryki można
wyrwać niejednokrotnie za darmochę. "Stoją i zawalają." Szkoda, że tu nie zostaję, na pewno bym coś ściagnął, a na złomowiskach
jest full części.
    Trafiłem tam na Chargera - trochę pordzewiałe, przebite opony, blacha trochę pogięta i pordzewiałe z przodu zawleczki.
Boże, żebym miał takie auto w Polsce, to bym je odrestaurował, właściciel by puścił za grosze, także stoi tego dużo,
ale normalny Amerykanin nie ma czasu, no i po co jak kupi nowy, a stary może się popsuć, taki jest tryb myślenia.
    Ja się napaliłem na Challengera, nie wiem? bo dla mnie na 1 miejscu.
Taka rada to żadna rada, znam ten ból: jest okazja, a człowiek jest bezsilny.

    Zdjęć z jednego zlotu mam ze 20, ale mam ograniczony dostęp do skanera, teraz jak skończę dorabiać w ostatnim tygodniu
jak uda mi sie wyjechać do Kalifornii, narobię jeszcze. Jak przyjadę do Polski, to poskanuję.
    Tutaj to przeważnie przyjedzie dziadek 60 lat ze swoim starym Buickiem, rozstawi krzesełko, wyjmie bigmaca albo pizzę,
wcina i cieszy się jak oglądasz jego samochód.
    Ty byłeś na zlocie bardziej zorganizowanym, to mi się podoba piwo,
panienki tutaj też, tak jest ale trzeba mieć odpowiednią brykę, to wtedy wpadnie się w towarzycho, głupio podjechać
rowerem i wejść, gdzie kolesie i cizie podjeżdzają sportowymi furami. Póki co, śmigam sobie po takich normalnych, na razie muszą wystarczyć.
    Zgadza się, amerykany są wyjątkowe, nienawidzę krótkich, małych i ekonomicznych no i japońskich autek. Ogromne
silniki, momenty obrotowe to jest to. Na razie to tylko byłem w tym Kentucky. Jak bym miał możliwość, to bym się poruszał
częściej, ale jestem zdany na brata i jego Lincolna Town Car z lat 80-tych.

    Przejechaliśmy w obie strony ponad 1000 mil. Zaczynając
od Illinois, Indiana aż do Kentucky. Na mapie są to małe odległości, ale w rzeczywistości cały czas od rana do nocy goniliśmy "hajłejami" 70-80. Nieraz
co dziwne, prawie kończył się licznik w Polsce, samochody z tego okresu wyciagaja 140-160 a na licznikach 220, tu często
można przekręcić, podobno były takie małe skale, żeby tak szybko nie jeździli i była większa oszczędność paliwa.
    W Kentucky można spotkać amiszów, jak prują powozami, dookoła krajobrazy niczym z filmów - skały, górki nieraz
naprawdę ogromne, ale dla 5-litrówki to nie problem, najwyżej z biegu D na 1 i długą, ale nie wiem, czy niejeden
europejczyk by się nie zagiął. Skoczyliśmy na jeziorko 60 mil położone w skałach.
    Z powrotem jeszcze dłuższa
droga, często trafia się na skunksy, nieźle śmierdzą, ale jest też dużo małych rozjechanych zwierzątek, ładują
się pod koła też sarny. Trochę trucków ciagnących się od Kalifornii, Arizony, Teksasu do Chicago. Często można
spotkać hot roda. Fajnie się prezentują no i fajne dupcie na harisach i ścigaczach, częsty jest widok, że
panienka 20 latek, blondi pocina nową Corvettą, zawsze takim kiwam, a one mają radochę, uff żeby tylko znać język.